piątek, 27 kwietnia 2018

Od Blackey cd. Dapagos

Skierowałamli swe ślepca w stronę mej cnej towarzyszki. Jej jakże niebieskie oczy wpatrywały z lekkim wahaniem w me lico. Westchnęłam głośnoż, sięgnąwszy kopytem do jednego z badyli na ziemi. Ma dusza, jakże teraz rozerwana na strzępy, musiała toż wszystkoż przemyśleć. Wiedziałam, iż teraz wszakże rozpoczną się dni, w któryż będę całymi godzinami ślęczeć nad księgami, czy teżli teleskopem.
- Och, Dapagos, teraz to już pozostawiam tobie - pokręciłam swym łbem, porzuciwszy wizję śledzenia tych wszelakich gwiazdozbiorów w książkach.
- Czyli?
- Musiszli pomyśleć, nieprawdaż? - uniosłam swą brew.
- No... tak - klacz przyznała szczerze, grzebiąc kopytem w błocie, niczym winne czemuś źrebię.
- Mogę cię zaprowadzić do zamku. Żebyśli bezpieczna była - rzekłam.
- A co z tobą? - Dapagos ulżyło to, co żem rzuciła.
- Ja muszę odpocząć, wszystko se poukładać od nowa i jak należy. Dowiem się, któż napadł mię nad urwiskiem tudzież klifem, dowiem się, jaką rolę w ów przedstawieniu grasz ty, moja cna.
Skinęła w milczeniu łbem.
- Znajdę dowód na to, że to alboż najprawdziwsza prawda, alboż najparszywsze kłamstwo - stwierdziłam, choć me ślepia dobrze wiedziały, czyje pismo widniało na tymże zwoju od Centaura. To pismoż nigdy nie kłamało.
- A jak to będzie nieprawda?
- Ty odetchniesz z ulgą w sercuż, a ja... samażli nie wiem.
< Dapagos? >

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarz to opinia na temat danego opowiadania lub całego wątku. Proszę byście wyrażali swoje zdanie w max. 3 komentarzach. Każdy komentarz niezwiązany z blogiem będzie usuwany. Mile widziane pozytywne komentarze. c;

© Agata dla WioskaSzablonów z brianac37, dierat, etoile-du-nord, lo-scrigno-di-connie i tasastock.