niedziela, 17 września 2017

Od Blackey Cd. Dapagos

*przeszłość Blackey (narrator trzecioosobowy)*

- Oddychaj, waćpanno! - krzyk jakiejś dziewki dał się słyszeć w uszach Blackey.
Grzmot serca roznosił się po żyłach karej klaczy, a te pulsowały niemiłosiernie. Aż dziw, jakiż to demon siedział w jej duszy, jak ją wyniszczał. Blade ślepca wbiła się w pochmurne niebo, a wrzask, przypominający lamet przeszył nocną głuszę. 
- Wrzeszczą tylko tchórze! - to samo dziewczę odezwało się ponownie.
- Łżesz! - pegaz warknął w salwach dzikich wrzasków. - Takowo krzyczą kappy!
- Nigdy nie będziesz kappą, ty nikim nie jesteś!
- Za grosz ci szacunku, a żem ja go w twej istocie widziałam, lecz się omyliłam. Nie ja sądzę! Bóg jeden przyjdzie i sądu dokona! - pegazica aż ryknęła z zawiści.
- Głupiaś ty jak but mej matki! - ludzkie dziewczę pokazało Blackey język.
- Tak pogrywasz ze mną, ludzka dziewico?! - klacz wysunęła zęby, przewracając ślepcem. - Azali ja będę sądem! Będę nowym bogiem!
Puste ślepca karej klaczy zwęziły się, niczym wąskie kreski, tworzące tylko ostre zarysy, a szyi poczęły pokrywać łuski, niemalże twarde, jak pancerz. Wszelaki ruch bolał klacz piekielnie, a rosnące zęby, wbiły się brutalnie w jęzor, prowokując ją do ryku. 
- Będę twą śmiercią…! - wydłużony nienaturalnie pysk, rozwarł się na oścież, plując śliną.
Pazury niemalże rozerwały dziewczę.
- …Będę twym ostatnim tchnieniem…! - puste ślepia wbiły się w wyraz przerażenia człeka.
Blackey rozpostarła swe olbrzymie, smocze skrzydła, niczym potężny nietoperz, zakrywając krwawy postępek.
- …Po prostu cię zabiję! - obrzydliwy uśmiech wpełzł na pysk przemienionej klaczy.
Gorąca krew spłynęła po wardze smoczycy.

*teraźniejszość*

Wywracam swe ślepca ku górze i z wściekłością walę ogonem o ziemię, a ta roztrzaskuje się pod jego ciężarem. Słony smak igliszczy wkrada się do mej duszy, a gorycz wypełnia spróchniałe serce, miażdżąc je jeszcze bardziej. Azali tak skończę? Zdziczeję? Czyżbym podpisała właśnie swą śmierć? Przecież toż to amoralne! Toż to głupie! Tom jam, Blackey, winnam sobie karę tudzież śmierć przydzielić, sama siebie osądzić! Rozdziawiłam swą paszczękę, w której ostre, niczym brzytwy zębiska, pokryte śliną, połyskiwały w łunie księżyca. Me ślepca zapiekły mnie niemiłosiernie, po czym słone łzy spłynęły po wardze.
- Tom jam, wymierzam sprawiedliwość! Tom jam, zdecyduję, nad kim będę płakać! - ryczę, na całe swe gardziele. - Zostanę nowym bogiem! A Dapagos wraz ze mną! Słyszysz to, Dapagos?! - me histeryczne wrzaski poniosły się, niczym grzmot. - To ty staniesz się legendą! WYBRANĄ! HA!
< Dapagos? Blackey nam wariuje xd >

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarz to opinia na temat danego opowiadania lub całego wątku. Proszę byście wyrażali swoje zdanie w max. 3 komentarzach. Każdy komentarz niezwiązany z blogiem będzie usuwany. Mile widziane pozytywne komentarze. c;

© Agata dla WioskaSzablonów z brianac37, dierat, etoile-du-nord, lo-scrigno-di-connie i tasastock.