poniedziałek, 31 lipca 2017

Od Blackey cd. Iris

Spojrzałam prosto w oczy mej towarzyszki. Me ślepca zwężyły się, tworząc wąską kreskę. To czas. Czuję, jak me kopyta obrastają łuski, zmieniając je w łapska, tak wielkie, iż zdolne do zmiażdżenia kilki drzew naraz. Me skrzydła obrosły płaty skóry, a z mej gardzieli wydobył się głuchy krzyk, naszpilając moje serce złością. Ma szyi mnie piekielnie boli, a zęby, które wyrastały z jeszcze większym bólem, wbiły się w mój język. Ryk rozdarł powietrze. I oto stanęłam przed przerażoną Iris, wbijając puste ślepia w jej sylwetkę znad kilkudziesięciu metrów. Ma wielka głowa wystawała wysoko ponad korony drzew i nieufnie przyglądała się ów "polu". Warknęłam, burząc tym wszelaki sens moich myśli.
- Nie - skrzywiłam, słysząc swój metaliczny, inny głos - to nie tu.
Walczyłam w swej duszy. Ma towarzyszka ledwo zipała, a przed nami jeszcze połacie drogi… Ma godność stanowczo przeczyła moim myślom, lecz w końcu przemogłam się i schyliłam się, przywierając brzuchem do podłoża, które nieprzyjemnie mnie drażniło. Z mej gardzieli wydobył się ostatni, smutny ryk.
- Iris… Proszę, wejdź i nic nie mów, moja droga, dobrze? Nie wspominajmy o tym.
< Iris? >

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarz to opinia na temat danego opowiadania lub całego wątku. Proszę byście wyrażali swoje zdanie w max. 3 komentarzach. Każdy komentarz niezwiązany z blogiem będzie usuwany. Mile widziane pozytywne komentarze. c;

© Agata dla WioskaSzablonów z brianac37, dierat, etoile-du-nord, lo-scrigno-di-connie i tasastock.